Jakiś czas temu przeczytałam poradę: zanim opublikujesz coś w sieci, zastanów się czy twoja mama byłaby z tego dumna. Warto zapamiętać i spróbować. Uniknęlibyśmy wpisów, po których powstają „oficjalne stanowiska” mówiące „emocje wzięły górę nad rozsądkiem”. Zaskoczyła nas przejrzystość, którą udostępniły media społecznościowe. Firmy, marki, politycy, osoby publiczne, my wszyscy jesteśmy wystawieni na prześwietlenie bardziej niż kiedykolwiek wcześniej. Pomimo tego, że czasami wcale tego nie chcemy.

Od ponad dekady świat mediów społecznościowych rozwija się na naszych oczach. Wykorzystujemy go do komunikacji, budowania relacji, jest niezbędnym narzędziem marketingowym dla marek i firm. Poprzez komunikację w sieci udostępniamy nasz wizerunek dwóm miliardom użytkowników.

Jak Cię postrzegają online? To, jak sugerujemy się pierwszymi wrażeniami w Internecie, bardzo się zmieniło w ciągu ostatnich kilku lat. Każdy może się czegoś o Tobie dowiedzieć, wpisując Twoje nazwisko w Google'u albo na Facebooku lub klikając link z tweeta, by trafić na Twój blog. Jako że współcześnie interakcja między marką a konsumentem może przebiegać wielotorowo, Twoje podejście do własnej marki musi cechować się spójnością — w przeciwnym razie będziesz wywierać niekorzystne pierwsze wrażenie.

Pozostawiamy nasze ślady w sieci i w ten sposób tworzymy nasz internetowy obraz. Czy robimy to świadomie i spójnie?

Nasza reputacja zależy od dwóch czynników: naszych działań oraz tego, co się o nich mówi, pisze, komentuje. Szybkość zwielokrotniania informacji jest nieporównywalnie większa niż przed laty. Do tego wszystko dzieje się w czasie realnym, a odbiorca treści stał się równoprawnym nadawcą. Co chcemy osiągnąć, do kogo dotrzeć ze swoim przekazem, czym się pochwalić, tworząc profil na Facebooku, Twitterze, LinkedIn? Czas bezrefleksyjnego dzielenia się życiem prywatnym oraz nieprzemyślanymi komentarzami kończy się.

Publikując kontrowersyjny wpis możesz utracić reputację, którą budowałeś latami. Czy warto? O szybkości i sile Twittera przekonała się Justine Sacco, była dyrektor komunikacji i PR koncernu InterActiveCorp. Rozpoczynając podróż służbową do RPA napisała na Twitterze: „Jadę do Afryki. Mam nadzieję, że nie złapię AIDS. Och, żartowałam. Jestem biała!” ('Going to Africa. Hope I don't get AIDS. Just kidding. I'm white!'). Gdy po 11 godzinach lotu opuszczała samolot dowiedziała się, że jest już zwolniona. Justine miała wówczas tylko 170 obserwujących na Twitterze, a pechowy wpis został polecony przez jedną z nich, Sam Biddle z 15 000 "followersów" i lawina ruszyła. Na podstawie wywiadu z Justine powstała książka „So You've Been Publicly Shamed”. Autor Jon Ronson porównuje media społecznościowe do chłosty wymierzanej publicznie wiele wieków temu. Wzywa też czytelników, aby zastanawiali się, co umieszczają w sieci, zarówno w odniesieniu do udostępniania własnych poglądów oraz komentując opinie innych.

Warto popatrzeć na publikowane przez siebie treści oczami innych. W szczególności osób nieprzychylnych. Jak mogą to skomentować, zinterpretować? Często nawet tło zdjęcia może być przyczyną utraty zaufania do Ciebie. Czy każde twoje selfie było potrzebne, czy jest to tylko informacją, jak nieistotne rzeczy cię inspirują? Obserwuję beztroskie podejście niektórych osób i nie mogę uwierzyć, że nie wiedzą o tym, jak dana informacja może żyć i być powielana przez innych. Internet nie zapomina. Wkraczając do świata publicznej komunikacji zadajmy sobie kilka pytań: Jakie wartości wnosimy? Czy piszemy tylko o sobie? Czy angażujemy się w relacje z innymi? Czy nasza postawa potwierdza to, co kreujemy, np. wiarygodność, zaufanie? Co można znaleźć w sieci na swój temat? Jakie emocje towarzyszą naszej komunikacji w Internecie?