Będąc w nowym, nieznanym mieście trzeba znaleźć choćby dwie godziny na poznanie jego specyfiki, ciekawych miejsc i lokalnych ludzi.

Jak często, i w jakich okolicznościach, wyjeżdża Pan na wyjazdy służbowe?

W podróże służbowe wysyłam się przede wszystkim sam, korzystając z biura goforworld.com. Taki wyjazd to dla mnie z jednej strony obowiązek opieki nad klientami, ale z drugiej strony możliwość relacjonowania wypraw dla moich czytelników i widzów. Obecnie pracuję nad swoim pierwszym, dłuższym filmem podróżniczym on-line. Wcześniej, dla TVN Style, zrealizowałem w Rio de Janeiro już jeden dokument – był to dla mnie tydzień ciekawej tułaczki po zakamarkach Rio. Często wyjeżdżam także na krótsze, zwykle dwudniowe, wyjazdy w Polsce, aby szkolić klientów z zakresu social media i z publicznych występów. Wyjazdem służbowym można nazwać także moje wizyty we Wrocławiu lub Poznaniu, gdzie prowadzę zajęcia ze studentami SWPS.

Jaki środek transportu preferuje Pan w wyjazdach krajowych, a jaki w zagranicznych? Czy zawsze najlepszym rozwiązaniem jest odpowiednio samochód i samolot?

Podczas wyjazdów po Polsce najczęściej korzystam właśnie z mojego prywatnego samochodu. Daje mi to niezależność i pozwala lepiej planować czas. Ponadto ja po prostu lubię prowadzić - pozwala mi to na kreatywne myślenie, posłuchanie ulubionej muzyki czy wykonanie zaległych telefonów. Ręce na kierownicy odcinają też od monotonii pracy przy komputerze. Kiedyś, na trasie do Poznania, korzystałem też z pociągów, ale dwukrotnie zdarzyło się, że ze względu na wypadek musiałem zmienić swoje plany, a w konsekwencji straciłem cały dzień pracy. Więcej nie mogę sobie już na to pozwolić. Jeśli chodzi o wyjazdy zagraniczne, to zawsze korzystam z samolotu. Po pierwsze, lubię „życie na lotniskach”. Po drugie, cenię oszczędność czasu, jaką daje lot. Ostatnio nawet do Szczecina wolałem dolecieć przez Berlin niż jechać samochodem. Inna sprawa, że czas podróży samochodem po Polsce systematycznie spada – np. do Szczecina kiedyś jechało się 7 godzin, dziś już tylko cztery.

Czy przygotowuje się Pan specjalnie do każdego wyjazdu, np. przez poznawanie lokalnych zwyczajów biznesowych, czy też bazuje Pan na swoim doświadczeniu i na zasadzie, że obecnie wszędzie biznes „robi się” tak samo?

Lokalna specyfika ma ciągle ogromną moc. Lubię poznawać biznesowe relacje, emocje i pomysły inne niż te warszawskie. W moim biurze podróży goforworld.com jestem związany z firmą Business Link, która ma oddziały w całej Polsce. Specyficzna jest np. Łódź - sporo jest tam odnowionej, pełnej energii młodych start-upowców przestrzeni. Łódź to jednak inne klimaty niż te warszawskie. Czuć tam tęsknotę wymieszaną z nadzieją, szaleństwo oraz strach.

Logistycznie woli Pan przygotować się do wyjazdu sam czy też powierza Pan to innej osobie, a sam przychodzi „na gotowe”?

Wyjazdy zawsze przygotowuję sam. Wiem gdzie i jakie pułapki zastawiają portale hotelarskie i lotnicze. Wolę mieć samemu kontrolę nad wszystkim – np. samemu wybrać hotel z naciskiem na lokalizację, a nie cenę. Wolę „butikowość” od tłumu. Lubię poczekać na lotnisku dłuższą chwilę niż przepłacać za lot bezpośredni. Także dojazd na lotnisko i z powrotem wolę zaplanować samemu korzystając z komunikacji miejskiej niż przepłacać za taksówkę.

W trakcie wyjazdów służbowych skupia się Pan tylko na pracy czy próbuje Pan też znaleźć chwilę na poznanie nowego miejsca?

Praca nigdy nie jest jedynym celem. Celem jest poznanie nowego miejsca. Nawet kilka- czy kilkanaście godzin w ciekawym mieście można wypełnić nie tylko konferencją, ale też szybkim zwiedzaniem. Jestem zwolennikiem chodzenia poza szlakiem - czasem zwykła kawa wypita na rogu zatłoczonej ulicy powie więcej o lokalnych ludziach niż najlepszy przewodnik. Marzy mi się – z resztą już pracuję nad taka aplikacją - możliwość wynajmowania personalnych przewodników na godziny. Według zasady „mam 2 godziny na Rzym - pokaż mi go, nie traćmy czasu”.

Który kraj szczególnie Pana zaskoczył jeśli chodzi o prowadzenie rozmów służbowych, robienie relacji TV czy współpracę z lokalnymi ludźmi? Zarówno pozytywnie jak i negatywnie.

Najskrajniejsze przykłady to Japonia, Rio de Janeiro i Bejrut. Pierwszy kraj, to najprzyjemniejsze miejsce do pracy – człowiek jest tam zupełnie poza uwagą innych ludzi. Brazylia to również otwarty kraj, skłonny do opowiadania własnej historii, ale już raczej z zaangażowaniem lokalnej społeczności. Liban natomiast to największe ryzyko – będąc tam musiałem przerwać podróż, by zrelacjonować zamach bombowy na ambasadę Iranu. Było to dla mnie niezwykłe doświadczenie – z jednej strony obowiązek dla dziennikarza, a z drugiej nauczka dla podróżnika.

W którym kraju było Panu najtrudniej przeprowadzić relację ze względu na nieprzychylność ludzi, utrudnienia organizacyjne czy brak odpowiedniej infrastruktury i narzędzi?

Najtrudniej pracowało mi się w Meksyku. Acapulco jest jednym z najbardziej przereklamowanych i najbrzydszych miast jakie widziałem. Już nawet Favele w Rio były bardziej bezpieczne i kolorowe. Dzisiejsza technika, technologia konieczna w branży dziennikarskiej to głównie Internet, bez którego nie da się pracować. Największe problemy z łącznością miałem w Brazylii, Libanie i paradoksalnie Japonii, choć mówi się, że to kraj tak bardzo rozwinięty technologicznie.