W Design Museum w Londynie bardzo się zdziwili, kiedy zamiast nagrywać kolejnych „pasjonatów unowocześnień” wybiegliśmy z niego jak poparzeni, żeby złapać samolot do Dusseldorfu. Kto mógł przewidzieć, że pilot samolotu Germanwings rozbije go w Aplach?

NIEZBĘDNIK ZAWSZE POD RĘKĄ

Jedną z podstawowych zasad w mojej pracy jest... "bądź gotowy dziś do drogi". Dlatego w torbie, którą codziennie noszę mam paszport. To jedna z czterech rzeczy, bez których nigdzie się nie ruszam. Trzy pozostałe to: karta kredytowa, telefon i klucze od domu. To ostatnie przydaje się zwłaszcza przy powrocie, ale kluczami można też otworzyć butelkę, przeciąć sznurek czy przebić  plastikowe opakowanie. Mając te cztery rzeczy, można czuć się bezpiecznie. Jeszcze nie komfortowo, bo to trochę za mało, ale wystarczająco. Do komfortu potrzebne są jeszcze komputer,  ładowarka do niego, ładowarka do telefonu, mikrofon i trochę kabli.

Dwie szczoteczki do zębów, dwa zestawy kosmetyków - to nie dowód rozdwojenia jaźni. To zapobiegliwość. 17 lat wyjazdów nauczyło mnie, że kiedy trzeba gnać na samolot, bo właśnie gdzieś było trzęsienie ziemi, zamach terrorystyczny albo katastrofa pociągu - lepiej mieć dwie kosmetyczki, dwa zestawy bielizny i ten drugi zestaw najlepiej trzymać w walizce, najlepiej "kabinówce". Strata czasu na czekanie na bagaż po lądowaniu - tego nie lubię najbardziej.

Praca korespondenta rzadko ma cokolwiek wspólnego z misternym planowaniem, często przypomina odcinkowe rozwiązywanie problemów, o które zaraz można się rozbić. Kiedy dzieje się coś naglącego przede wszystkim liczy się czas. Tak było, gdy na papieża wybrano kardynała z Argentyny. Do dziś nie wiem, jakim cudem udało się mi i operatorowi dotrzeć na Heathrow i wsiąść do samolotu do Buenos Aires w niecałe 3 godziny. Pamiętam tylko, że byliśmy najbardziej spoconymi pasażerami na pokładzie.

Kolejność działań jest zawsze taka sama: po decyzji szefów w Warszawie pierwsza sprawa to transport. Komputer, tablet, smartfon i sprawdzona aplikacja to połowa sukcesu. Przy wyborze linii lotniczej i trasy decydującym czynnikiem jest to, jak szybko dotrze się na miejsce. Ceny biletów w takiej sytuacji najczęściej nie mają nic wspólnego ze zdrowym rozsądkiem. Kiedyś jedna z "tanich linii" okazała się być najdroższą jaką w życiu podróżowałem. Za pieniądze zostawione w okienku na lotnisku w Hiszpanii spokojnie zamiast do Londynu, tradycyjnymi liniami doleciał bym do Pekinu. I tak musiałem jeszcze poza tym zapłacić ekstra za wydrukowanie boardingu. Sposobem na obniżenie ceny lotu (zwłaszcza, że nigdy nie ma pewności, kiedy się będzie wracać) jest kupowanie "fikcyjnego powrotu". Ostatnio dzięki takiemu ruchowi, zaoszczędziliśmy na biletach ponad 2 tysiące złotych od głowy.

W TRYBIE PRYSPIESZONYM

Przy wylocie (zwłaszcza, kiedy godziny startu i dotarcia na miejsce są zbliżone) staram się wybierać te linie, które oferują posiłki na pokładzie, albo te, w których status w programie lojalnościowym daje wstęp do business lounge'u. Po lądowaniu najczęściej biegniemy prosto do pracy, więc warto zjeść coś "na zapas". Przed wylotem, najczęściej już na lotnisku, albo w drodze na nie jest czas na poznanie miejsca podróży. Jeśli nie byłem tam wcześniej, sprawdzam czy jest metro, jak kursują pociągi, ile kosztuje taksówka. Jeśli jest tak, jak w przypadku katastrofy w Alpach - dzięki pomocy współpracującej z nami agencji rezerwujemy samochód w jednej z wypożyczalni. Marka wypożyczalni i samochodu nie ma większego znaczenia.

Hotel. O tym zawsze zapominam. Często po wylądowaniu, albo już wieczorem po pracy przypomina mi się, że nie mamy gdzie spać. Tu znów najlepszym narzędziem okazuje się być smartfon albo komputer. Znów wyszukiwarka. Najlepiej taka, w której można zawęzić wyniki, bo w związku z pracą ważniejsze niż wygoda czy standard danego przybytku jest bliskość do miejsca pracy. W Alpach okazało się to być ponad godzinę drogi od sztabu kryzysowego. Innym razem, w Izraelu przez to zapominanie o hotelu - spaliśmy w samochodzie.

STAN „WIECZNEGO CZUWANIA”

Życie na walizkach - lubię. Co prawda, ten stan "wiecznego czuwania" czasem daje się we znaki, ale każdy wyjazd, każda historia, którą jadę opowiadać czy relacjonować to wyzwanie i przygoda. Owszem, zdarzają się wyjazdy zaplanowane, o wiele spokojniejsze, lepiej przygotowane logistycznie, ale ten ferwor pakowania, bieg na pociąg, sprint przez lotnisko mają swój wyraźny smak. No i o wiele większą radość sprawia wtedy ta chwila, kiedy na pokładzie samolotu proszą by wyłączyć telefony komórkowe...