Bezpieczeństwo oferowanych produktów uważamy za coś oczywistego. Ale czy tak jest naprawdę? Czy powinniśmy z takim samym zaufaniem traktować wszystkie produkty?

Z chwilą przystąpienia Polski do Unii Europejskiej w 2004 roku przyjęliśmy obowiązujący w Unii system oceny zgodności i oznakowania CE (Conformité Européenne – europejska zgodność). Oznakowanie takie umieszczone na wyrobie jest obowiązkowe i jest jednocześnie wyraźną deklaracją producenta, że wyrób spełnia wymagania wszystkich związanych z wyrobem przepisów dotyczących właśnie bezpieczeństwa użytkowania oraz ochrony zdrowia i środowiska. Dokumentami określającymi te wymagania są dyrektywy UE.

Dla większości produktów nie jest wymagana ocena zgodności wyrobu wykonana przez niezależną jednostkę – wystarczy jedynie deklaracja producenta. Choć teoretycznie jej wystawienie powinno być poprzedzone udokumentowaną szczegółową analizą i oceną zgodności przeprowadzoną przez producenta, to niejednokrotnie sprowadza się wyłącznie do wypisania obowiązkowego dokumentu. Tylko nieliczni producenci i importerzy chcąc rzetelnie wystawić deklarację poddają swoje wyroby badaniom i ocenie zgodności w uprawnionych, kompetentnych laboratoriach i jednostkach certyfikujących wyroby.

Cała procedura oznakowania CE, choć w zamyśle ma gwarantować wprowadzanie na rynek europejski wyłącznie wyrobów bezpiecznych, to poprzez wspomnianą wcześniej liberalność w rzeczywistości, moim zdaniem takiej gwarancji nie daje. Jest to szczególnie wyraźnie odczuwalne na rynkach mało doświadczonych konsumentów, a takim właśnie cały czas jest jeszcze polski rynek. Bezpodstawne wystawienie deklaracji przez producenta w praktyce nie niesie żadnych skutków. Rozwiązaniem powinno być działanie organu sprawującego nadzór nad produktami znajdującymi się na rynku. W Polsce taką rolę pełni Prezes Urzędu Ochrony Konkurencji i Konsumenta. Jednak dla skuteczności takiego nadzoru potrzeba środków – a tych brakuje. Skutkiem tego, gdy sięgamy w sklepie na półkę po wybrany przez nas produkt, tak naprawdę nie wiemy, czy jest on bezpieczny.

Może więc warto pójść w ślady innych, bardziej doświadczonych? W Polsce do 2004 roku dla większości produktów obowiązywał znak B, którego uzyskanie wiązało się z przeprowadzeniem obowiązkowych badań wyrobu potwierdzających bezpieczeństwo jego użytkowania. Dziś znak B jest jedynie znakiem dobrowolnym, który w dodatku ma znikome znaczenie w świadomości konsumentów. Nie jest on znakiem chronionym, a zasadność jego umieszczenia na produkcie nie jest w żaden sposób nadzorowana. Inaczej natomiast postępuje konsument na rynku doświadczonym, np. niemieckim, na którym wyrób bez potwierdzającego bezpieczeństwo narodowego znaku GS (Geprüfte Sicherheit – sprawdzone bezpieczeństwo) nie ma praktycznie szans na sprzedaż. Podobnie jest w innych krajach europejskich. Obligatoryjności znaku B przywrócić nie można ze względu na unijne przepisy zakazujące wprowadzania uregulowań ograniczających swobodny obrót towarów wewnątrz Unii. Można jednak, a nawet trzeba promować jego znaczenie. Jednocześnie certyfikat dający prawo oznaczania wyrobów tym znakiem powinien być wydawany jedynie przez uprawnione instytucje, których kompetencje i rzetelność zostały potwierdzone przez organ państwowy. Bo właśnie bez wyraźnego zaangażowania się Państwa w sprawę zapewnienia i utrzymania bezpieczeństwa wyrobów wprowadzanych na polski i europejski rynek nie można liczyć na skuteczność takich działań. A przecież chcemy, aby wszystkie kupowane przez nas produkty były bezpieczne!