Skąd pomysł na założenie sieci franczyzowej sklepów z winami? Dlaczego właśnie ta forma?

Powodów było klika, ale wśród nich najważniejsze chyba było przekonanie o wyższości samorządności nad władzą scentralizowaną. Perspektywa lokalna daje dużo większe wyczucie, franczyzobiorca może szybciej reagować na potrzeby swojego rynku, ma bezpośredni kontakt z klientem. No i większą motywację do działania, bo pracuje na własne konto.

Czy nadal widzi Pan na rynku miejsce dla nowych specjalistycznych sklepów winiarskich?

Widzę tego miejsca coraz więcej. Średnia spożycia wina w Polsce per capita to raptem 3 litry rocznie, czyli jest tak niska, że musi rosnąć. Ale tak zwane badania rynku są obiecujące – główną grupą wiekową wśród konsumentów wina są ludzie młodzi, nawet przed trzydziestką. Oni teraz zapewne kupują wino głównie w dyskontach, ale od czegoś trzeba zacząć, gusty się zmieniają, rozwijają. Za parę lat będą chcieli sięgnąć po inne butelki, których supermarket już im nie zaoferuje.

Czego wymaga Pan od swoich franczyzobiorców?

Przede wszystkim bolesnej świadomości, że angażują się w bardzo trudny rynek, w biznes wymagający dużo cierpliwości. Oprócz tego mamy oczywiście grubą księgę franczyzową określającą zasady współpracy, zobowiązania po jednej i drugiej stronie.

Jakie są plany na dalszy rozwój franczyzy Pana Sieci? Czy to, gdzie otwierane są kolejne sklepy Kondrat Wina Wybrane, jest przypadkiem, czy przemyślaną strategią?

Plany kształtują się w ten sposób, by sklepy były obecne w każdym większym mieście w Polsce. Ale nauczeni doświadczeniem przedkładamy jakość nad ilość, dlatego nie spieszmy się z otwieraniem nowych sklepów. Najważniejsze jest znalezienie odpowiedniego partnera, czyli franczyzobiorcy. Bo to on będzie odpowiadał za dany sklep, jego powodzenie biznesowe. I to on będzie miał bezpośredni kontakt z klientem, a to najważniejszy moment w tym całym przedsięwzięciu.

Kto kupuje w Pana sklepie? Koneserzy czy konsumenci?

Jedni i drudzy, jeśli w ogóle takie rozróżnienie jest zasadne. W sklepie specjalistycznym, oprócz szerszej niż gdzie indziej oferty win, są też – a może przede wszystkim – sprzedawcy, którzy każdemu pomogą wybrać odpowiednie wino. Oni są tam dla nas, nie po to żeby oceniać naszą wiedzę na temat wina i peszyć klientów żonglerką niewiele nam mówiących nazw szczepów, czy apelacji. Dobry sprzedawca powinien pomóc klientowi rozpoznać jego własne upodobania.

Czy Polacy traktują wina jako formę inwestycji?

Są firmy zajmujące się sprzedażą win inwestycyjnych, ale to zupełnie inna bajka, niewiele mająca wspólnego z przyjemnością picia wina. Można śmiało powiedzieć, że nasza firma oferuje wina "do picia". Są wśród nich butelki o potencjale starzenia, takie jak Tokaje, czy niektóre wina z Bordeuax, ale one tez raczej nie służą spekulacjom.

Który segment rynku win rozwija się najszybciej? Tańszych win, czy może tych z górnej półki?

Z oczywistych względów tych tańszych. Mam na myśli wina miedzy 20 a 35 zł za butelkę. Takie wina pije się na co dzień (jeśli w ogóle można mówić o tym, że w Polsce wina pije się na co dzień). Dotyczy to także konsumentów, ujmę to w ten sposób – bardziej świadomych. Mało kto w upalne letnie popołudnie przedłoży skomplikowanego burgunda za 200 zł nad uroczo niezobowiązujące vinho verde za 20 zł. Wybierając wina do naszej kolekcji skupiam się przede wszystkim na proporcji ceny do jakości. Czyli dobre w swojej kategorii, powinny być i te za 20 i za 220 zł.

Czego, poza rozwojem, powinniśmy życzyć Pana sieci franczyzowej?

Moim marzeniem jest, aby nasze sklepy były nie tylko cenione za profesjonalizm i ciekawą ofertę, ale przede wszystkim to, by były po prostu lubiane. Takie miłe miejsce po drodze do domu, do którego się wpada żeby pogadać z zaprzyjaźnionym sprzedawcą i przy okazji kupić jakąś butelkę do kolacji