Jaka jest bazowa działalność Fundacji „KF”? Na jakich projektach się skupia, jakie ma cele, skąd czerpie fundusze?

Po pierwsze skupiamy się na takich projektach, które, w dosłownym tego słowa znaczeniu, powodują efekt domina. Czyli robimy coś, co w danym miejscu zostaje, w co angażują się beneficjenci pomocy, ale jednocześnie to coś musi, niczym ta pierwsza kostka domina, poruszyć kolejne. Nam chodzi o mechanizmy trwałej zmiany na lepsze. O to walczymy i taki jest nasz cel. Po drugie nasze projekty, by osiągnąć ten cel, powinny budować kapitał społeczny, czyli być ważne, bardzo ważne dla możliwie jak największej grupy osób. Mówimy tu zarówno o społeczności beneficjentów pomocy, jak i o kapitale złożonym z darczyńców. Oczywiście, angażujemy własne środki w działalność pomocową, ale niemniej istotne są zasoby wiedzy i doświadczenia, zwłaszcza z biznesu, dzięki którym konstruujemy, czy pomagamy konstruować, scenariusze działania niejednokrotnie w krańcowo trudnych warunkach.

Pamiętajmy także o tym, że nie możemy zawłaszczać pomagania, odbierać jego możliwości innym. Prosty przykład... Jeśli jestem w grupie osób, która staje wobec wyzwania polegającego na szybkiej pomocy komuś konkretnemu, to co powinnam zrobić? Dać wszystko, co potrzebne, bo mnie na to stać? To zwykła bezmyślność! Jak bowiem czuliby się moi towarzysze, gdyby zostali w ten sposób potraktowani, pomimo że chcieliby partycypować w pomocy? O takich rzeczach trzeba myśleć. Nasza działalność to również stwarzanie możliwości pomagania całym rzeszom dobroczyńców. Wspaniałych ludzi, którzy chcą mieć swój wkład.    

Co sprawia największą przyjemność w pomaganiu innym? W którym momencie, jeśli w ogóle, przyjemność i dobrowolność pomagania staje się już musem?

Nie lubię tej dość częstej narracji, w której wartością jest satysfakcja z faktu, że się komuś pomogło. Bo proszę się zastanowić, jak to brzmi: „Tak mi przyjemnie, że jestem dobra”? Miał być altruizm, a wychodzi z tego zwykły egoizm. Miejmy satysfakcję, ale jej źródłem niech nie będą nasze czyny, tylko korzyść jaką odnosi ten, kogo wspieramy. Cieszmy się przede wszystkim z tego, że komuś jest lepiej, a to, że nam jest wtedy lepiej, to efekt naprawdę uboczny.  Natomiast co do musu, to bardzo dobrze, że pojawia się jako określenie w naszej rozmowie. Ponieważ mus pomagania nie wynika z mody, presji otoczenia biznesowego czy utrwalonego już obyczaju, ale z sytuacji na świecie. My pomagamy tam, gdzie często całe kraje nie są w stanie poradzić sobie same. I to jest ten mus, bo jeśli nie my, to kto? Jeśli nie nasza wiedza, którą czerpiemy ze skutecznego biznesu i lat doświadczeń w relacjach z najróżniejszymi ludźmi czy społecznościami, to czyja? Że daleko od Polski? Obecna migracja pokazuje, że nie istnieje już słowo „daleko”. Świat to nasza wspólna sprawa. 

Czy uważa Pani, że bycie zamożnym zobowiązuje do działań filantropijnych?

Zastanówmy się lepiej, czego konsekwencją jest ta „zamożność”, choć to słowo trochę jak z telenoweli, biorąc pod uwagę, o czym rozmawiamy. Jeśli jest konsekwencją lat doświadczenia w biznesie, lat gromadzenia w pierwszym rzędzie nie pieniędzy, ale najlepszych i najbardziej skutecznych scenariuszy działania, to tak – zobowiązuje. Bo stajemy się dysponentami klucza do sukcesu innych i powinniśmy ten klucz udostępnić. Jednak nie w sposób bezrozumny, lecz tak, by stworzył potrzebującym możliwość samodzielnego, godnego życia i rozwoju. Nie jestem w stanie napełnić puszek wszystkich proszących na ulicy o wsparcie na całym świecie. Nie jestem, ale też gdybym nawet była, to i tak te osoby tylko na chwilę wstałyby z klęczek. A ja chcę, żeby wstały na zawsze. I dlatego inwestujemy np. w przedsiębiorstwa społeczne, które odmieniają rzeczywistość setek tysięcy osób, rodzin. Tam potrzebne są innowacyjne rozwiązania, biznesowa wiedza, budowanie społeczności inwestorów, choć zysk nie jest kapitalizowany przez jednego właściciela, tylko służy kolejnym celom społecznym.

Czy spotyka się Pani z presją, gdy ktoś „wymusza” na Pani pomoc? Jak Pani radzi sobie w takich sytuacjach?

Powiem więcej – to ja często wymuszam pomoc na innych i nie ujmujmy tego słowa w cudzysłów. Przekonuję do swoich wizji, pokazuję możliwe efekty, staram się zarazić pasją podobną do tej, która jest podstawą mojego działania. W przypadku ludzi potrzebujących, tych ostatecznych beneficjentów potencjalnej pomocy, raczej nie mówmy o wymuszaniu, bo obyśmy sami nie znaleźli się w takiej sytuacji, w której często znajdują się oni. I tu nie chodzi o jakąś wyrozumiałość, ale o szacunek dla drugiego człowieka. Dla mnie, dla nas, ważne jest, czy nasza pomoc spowoduje zmianę, czy coś nią uruchomimy. Tak staramy się działać.

Jaki jest cel programu „Efekt Domina”? Czy program spełnia swoją rolę, czy widać już pozytywne reakcje widzów?

„Efekt Domina” to rzeczywiście program, ale przede wszystkim nie telewizyjny, a pomocowy. Cykl w TVN to absolutnie kluczowy dla komunikacji efekt, nazwijmy go, audiowizualny tego, co robimy. Chcemy, by widzowie, wśród których są i młodzi, i dorośli po pierwsze zobaczyli, jaki może być świat, po drugie poczuli, że ludzie tysiące kilometrów od nas mogą różnić się kulturą, obyczajami, językiem, kolorem skóry, ale nie różnią się prawem do szczęśliwego życia i rozwoju. W tym sensie wszyscy jesteśmy tacy sami. Od zrozumienia jest bardzo blisko do współodczuwania, a od współodczuwania równie blisko do ważnej decyzji: chcę jakoś pomóc. Staramy się uwrażliwiać, zbliżać odległych sobie ludzi, skłaniać do wzajemnej troski, ale co niezmiernie istotne: „Efekt Domina” zmienia także nas. Bo powstał Bajkowy Efekt Domina, czyli piękne baśnie z miejsc, w których pomagamy, połączone z edukacją dla dzieci. Bo chwilę potem narodził się Edukacyjny Efekt Domina. Do każdej polskiej szkoły podstawowej i gimnazjum wysłaliśmy scenariusze lekcji oparte właśnie na historiach i materiałach wideo z cyklu „Efekt Domina” w TVN. Czyli telewizja może rozwijać, inspirować i wcale nie jest tak, że wyłacznie „pożera czas”.

Jak radzi sobie Pani ze spartańskimi warunkami, które panują w miejscach, które Pani odwiedza przy kręceniu programu?

Przede wszystkim odwiedzam te miejsca bo pomagamy, a w trakcie tego pomagania rejestrujemy nasze działania. Radzę sobie tak, jak każdy z naszej wspaniałej ekipy. Mało tego – nie da się zostawić po sobie czegoś trwałego na drugim końcu świata, jeśli pożyje się choćby przez chwilę w warunkach, w których funkcjonują ci, którym pomagamy. Nie da się, bo nie zrozumie się specyfiki życia. To dokładnie tak jak w dobrym biznesie – musimy ideę zderzyć z realiami. A następnie zbudować mądry projekt pomocowy łącząc te realia z naszą wiedzą oraz doświadczeniem.

Dlaczego zdecydowała się Pani na wyjazd na studia w dość egzotycznym kierunku jakim są Chiny, a nie np. UK czy USA?

Zacznijmy od tego, że nie studiowałam tylko w Chinach, więc nie budujmy fabularnej historii. Chiny to niesamowita dynamika zmieniającego się społeczeństwa, które przeobraża się tak szybko, że jeszcze nie wyszło z systemu totalitarnego, a już weszło w system liberalny. Pozostaje oczywiście pytanie, jak wpływać na pozytywne zmiany w Chinach – izolując je czy właśnie integrując. Żeby było jasne, mam na myśli zmiany dotyczące praw człowieka, statusu jednostki, a nie wyłącznie statystycznego PKB, który nie rejestruje zjawiska rozwarstwienia społecznego. Wiem jedno: nowe wypiera stare. Chodzi więc o to, by to nowe było lepsze dla wszystkich. Pamiętajmy, że Chiny to kultura tak inna od naszej, ta wielowiekowa, ale i ta XX-wieczna, powojenna, że najpierw warto ją zrozumieć, a potem wywierać jakikolwiek wpływ. Znam zarówno Wielką Brytanię jak i USA, u nas w Polsce mamy z tymi krajami wbrew pozorom bardzo dużo wspólnych standardów dotyczących życia, kultury, ekonomii. Chiny to zupełnie coś innego. Zresztą – wracając do studiów – sama idea studiowania polega przecież na pokonywaniu nowych, często niespodziewanych wyzwań.

Jak wygląda działalność charytatywna w innych krajach i kulturach? Jakie są główne różnice w tym temacie między np. USA, Chinami a Polską?

W przypadku Chin wynika ona raczej ze społecznego zorganizowania, a nie z podmiotowego podejścia do człowieka. Ale to też bardzo się mienia. Przykład USA jest dużo bardziej klarowny, a zwłaszcza przykład Bill & Melinda Gates Foundation, organizacji założonej przez twórcę Microsoftu i przez wiele lat najbogatszego człowieka na świecie. Fundacja Gates’ów rozwiązuje kluczowe problemy naszej planety, ale ma także gigantyczny kapitał społeczny złożony z setek tysięcy darczyńców. Zamożnych i niezamożnych. Różnych. Czemu ktoś zdecydował się wesprzeć najbogatszego człowieka świata? Przecież na pierwszy rzut oka to kompletnie bez sensu. Otóż dlatego, że ten ktoś zobaczył, jaki może mieć wpływ na rzeczywistość dzięki śmiałym, ale jakże mądrym przedsięwzięciom społecznym Billa Gates’a na świecie. W Polsce warto iść w tym kierunku. Kulczyk Foundation to fundacja rodzinna, założona dzięki kapitałowi, wiedzy i doświadczeniu mojego Taty, mojego brata, jest tam też mój własny wkład. Nie dyskutujmy na zasadzie „masz, to oddaj innym”, bo tak nie zmienimy świata. Twórzmy projekty pomocowe, które są efektywne, ze wszech miar pożyteczne społecznie, a nie sztucznie docięte do wymagań unijnych tylko po to, by otrzymać fundusze. Ci, którzy są w stanie stworzyć fundacyjny kapitał, powinni wychodzić z ofertą wobec tych, którzy chcą partycypować w pomocy, w zmianie, w radości ze szczęścia innych.