Kiedy na konkursy zgłaszają się kandydaci, kobiety często są lepiej wykształcone, znają więcej języków, są gotowe do pracy po godzinach. Bywa też, że mają w sobie więcej pokory i więcej determinacji niż ich koledzy, aby dokończyć zadanie. I wreszcie najczęściej deklarują niższe oczekiwania finansowe.

A jednak kobiet w brukselskiej administracji jest mniej niż można byłoby oczekiwać. Praca w strukturach europejskich przez wielu uważana jest za atrakcyjną, co powoduje ogromną konkurencję. O zatrudnieniu i awansie decyduje wiele czynników i kobiety często przegrywają tę konkurencję. Krótki przegląd statystyk daje taki obraz sytuacji:

W Komitecie Regionów oraz Komitecie Ekonomicznym i społecznym pracuje 22 proc. kobiet. W agencjach europejskich - jest ich razem 38 - zatrudnionych jest 29 proc. (na stanowiskach prezesów agencji - 18 proc.). W instytucjach Unii Europejskich - obsługujących Komisję Europejską i Parlament oraz Radę Europejską - w poprzedniej kadencji było 31 proc. kobiet na niższym szczeblu administracji i 15 proc. na wyższym. Na tle tych statystyk dość dobrze wygląda Parlament Europejski, w którym jest 37 proc. posłanek. Najwięcej posłanek pochodzi z Malty (67 proc.), Irlandii (55 proc.) i Szwecji (55 proc.). Polska, ze swoją 24 proc. reprezentacją kobiet, jest daleko za europejskim standardem.

W Komisji Europejskiej na stanowisku komisarza zasiada 32 proc. kobiet (9 kobiet na 28 komisarzy). Mimo że nie jest to duży postęp w odniesieniu do poprzedniej Komisji pod przewodnictwem Barroso, gdzie udział kobiet również utrzymywał się na poziomie około 30 proc., to możemy zaobserwować zmianę świadomościową w postrzeganiu tej sytuacji. Jeszcze na etapie kształtowania się nowego składu Komisji jej nowy przewodniczący Jean-Claude Juncker podkreślał, że Komisja nie może być "klubem dla mężczyzn" i jej skład powinien być zrównoważony pod względem udziału kobiet i mężczyzn. Mimo tego wezwania kraje członkowskie zaproponowały tylko dziewięć kobiet na stanowiska komisarzy, co Juncker wprost nazwał "żałosnym" i ta uwaga spotkała się z aplauzem posłów w Parlamencie Europejskim. Pokazuje to, że brak kobiet na stanowiskach decyzyjnych nie jest już rzeczą naturalną, obok której przechodzi się obojętnie. W każdym kraju jest wiele kobiet, które są przygotowane do pełnienia ról przywódczych oraz posiadają doświadczenie i kompetencje pozwalające im wykonywać obowiązki na najwyższych stanowiskach. Dlatego też brak wystarczającej reprezentacji kobiecej na stanowiskach decyzyjnych jest coraz powszechniej interpretowany jako niesłuszny wynik uprzedzeń związanych ze stereotypami. Nominując Elżbietę Bieńkowską na stanowisko komisarza, Polska pokazała, że jest wolna od takich uprzedzeń oraz że nasze narodowe kadry - także te kobiece - są świetnie przygotowane do objęcia najwyższych stanowisk w UE.

Mimo tego pozytywnego przykładu wyżej przytoczone dane pokazują, że w większości miejsc pracy w strukturach europejskich kobiet jest nieproporcjonalnie mało w stosunku do tego, jak są wykształcone (prawie 60 proc. absolwentów studiów wyższych to kobiety), doświadczone w biznesie (1/3 właścicieli firm to kobiety), wybierane do polityki (37 proc.parlamentarzystów w PE to kobiety).

Wśród barier blokujących włączanie kobiet do pracy w strukturach europejskich wymieniłabym: zasiedziałość brukselskiej administracji, powolność jej działań i przewagę koncentracji energii na pisaniu kolejnych strategii na rzecz praw kobiet zamiast na skutecznych działaniach w tym zakresie na swoim własnym podwórku. Nie mamy danych, jak udział kobiet w strukturach brukselskich wygląda w podziale narodowym, więc nie wiemy czy Polki pracują tu i awansują równie często jak kobiety innej narodowości.

Być może sytuacja byłaby inna, gdyby skuteczniej wdrażano programy służące równoważeniu udziału kobiet i mężczyzn w strukturach brukselskiej administracji. Dziś nie ma przyspieszonych ścieżek awansu ani specjalnego programu zarządzania talentami, który ułatwiałby kobietom przebicie szklanego sufitu. Nie słyszałam o programach mentoringowych ani szkoleniach, które ułatwiałyby kobietom bardziej sprawiedliwy udział na stanowiskach decyzyjnych. Przy niskiej rotacji i typowej dla administracji niechęci do zmian włączenie się do pracy w strukturach unijnych jest zadaniem dla najzdolniejszych i najbardziej zdeterminowanych, żeby nie powiedzieć: upartych kobiet. Wiem, ze w Polsce jest ich bardzo dużo. I ze wiele z nich chce pracować tutaj, w Brukseli.

Te, które są, starają się powoli organizować - głównie w grupach narodowych. Brukselski Klub Polek, zrzeszający liderki i eurokratki powoli otwiera się na inne grupy kobiet, które żyją i pracują w Brukseli. Jesienią przyszłego roku planuje zorganizować Kongres Kobiet w Brukseli, podczas którego odbędą się debaty o szansach i barierach kariery w europejskich instytucjach, ale także o sytuacji niewykwalifikowanych pań, które bardzo ciężko i za niższą pensję pracują przy sprzątaniu domów, opiece nad dziećmi i przy prostych usługach.

Tak więc, obecnie nie jest idealnie, ale wyraźnie odczuwa się nadciągającą zmianę. Wysoka liczba kobiet w Parlamencie zaczyna wpływać na sposób traktowania tzw. women's issues, dotąd po macoszemu, coraz poważniej dzisiaj. Jest silna presja na zatrudnianie i awansowanie kobiet, które mają konieczne kwalifikacje. Czy warto tu przyjechać? Warto. Nie tylko dlatego, ze to cenne doświadczenie, ważne dla własnego rozwoju. Praca kobiet, zagospodarowanie kobiecych talentów i metod pracy są ważne dla Europy. Nie mam wątpliwości, ze zrównoważenie proporcji kobiet i mężczyzn w strukturach administracji służyłoby dobrze nam wszystkim. Przyniosłoby dobre efekty, jeśli chodzi o jakość pracy administracji i ograniczyłoby negatywne zjawisko przekwalifikowania wśród kobiet, których umiejętności nie są wykorzystywane z powodu stereotypów i braku efektywnych programów zarządzania talentami.