To my w największej mierze możemy zadbać o bezpieczeństwo swoje i innych. Aby na drogach było bezpieczniej należy m.in. zadbać o właściwe szkolenie kierowców. Jeśli teraz kurs prawa jazdy kosztuje czterokrotnie mniej niż w innych krajach europejskich (a paliwo i samochody są w podobnych cenach), to rodzi się pytanie, czy szkolimy gorzej? Podstawowym celem kursu na prawo jazdy jest przygotowanie kursanta do zdania egzaminu. Ćwiczy się więc jazdę na „słupki” i uczy jeździć po trasach egzaminacyjnych. Następnie młody kierowca z dokumentem uprawniającym go do prowadzenia pojazdu przechodzi szkołę życia na ulicy... Nie tędy droga! Są oczywiście szkoły, które szkolą dobrze, mimo polskich warunków. Dopóki jednak nie zrozumiemy, że szkolenia powinny mieć znacznie szerszy wymiar i powinniśmy kształcić kierowcę, 
a nie osobę, która zda egzamin, sytuacja będzie wyglądała tak, jak teraz. Problemem są finanse, bo w Polsce musi być tanio i dla wszystkich. A ja wcale nie jestem przekonany, że każdy powinien prowadzić pojazd. Wypadki najczęściej zdarzają się, bo ludzie nie mają pojęcia, co się wokół nich dzieje, nie znają podstawowych praw 
fizyki rządzących samochodem.

Drogi są też ważnym czynnikiem bezpieczeństwa. Przy mądrej i wybaczającej drodze, nawet w wypadku popełnienia błędu możemy np. zjechać na pas awaryjny lub odbić się od barierki. Jeśli na drogach rosną drzewa, kierowca nie ma żadnych szans. Spotkanie z drzewem już przy prędkości 60-70 km/h grozi śmiertelnym wypadkiem. Nawet najlepszy samochód nam w takiej sytuacji nie pomoże. Oczywiście auto – jak mówimy w slangu rajdowym – „idiotoodporne” z systemami, które pozwalają skuteczniej hamować i korygować tor jazdy pomaga, ale żadne akcesoria nie sprawią, że pojazd pokona prawa fizyki.

Mówię o bezpieczeństwie na drodze, angażuję się w działania służące jego poprawie, bo uważam nieskromnie, że mam do tego prawo. Wiem, jak łatwo wypaść z trasy i jak to boli. Wiem też, że nawet mimo dużych umiejętności czasami nie ma mocnych...