Rafał Jemielita, prowadzi magazyn Automaniak w TVN Turbo, dziennikarz Playboya, fanatyk motoryzacji dwu- i czterokołowej

 

lej? Nie olej, lecz... dolej. Bardzo to hasło mi się kiedyś spodobało, bo dźwięcznie pozostaje w głowie. Zachęca do tego, żeby raz na jakiś czas wpaść do mechanika i – niejako przy okazji – zrobić porządny przegląd. To chyba oczywiste, że samochód nie jest wieczny, prawda? I że nawet szwajcarski zegarek wymaga, od czasu do czasu, wizyty u zegarmistrza, który tu przekręci, tam wyczyści, tu coś wyreguluje. Skoro już mowa o kraju Helwetów i przymiotniku „szwajcarski” to ja utrzymuję swoje samochody w stanie perfekcyjnym. U mnie nie może stukać, nie może pukać, nie może skrzypieć ani wibrować. Bo zaraz coś się urwie, a to będzie kosztowało! Zima nie zima, lato nie lato. Odwiedzam serwisy, sprzątam swój samochód regularnie i nie zostawiam auta – gdy przyjdzie zaparkować nim na dłużej – bez paliwa w zbiorniku. U mnie można zjeść chleb z masłem, który najpierw wylądował na dywaniku. Tak mam, że o cztery kółka – proszę jaki ładny rym – dbam. Ale po kolei. Zacznijmy od serwisu. Jak znaleźć ten „najlepszy z najlepszych”? Często słyszę takie pytania, a odpowiedź jest prosta i banalna. Nie tyle poszukać w sieci, co po prostu zapytać. Kogo? Tych najbardziej zainteresowanych, czyli właścicieli. Zaczepić na ulicy, zapytać na forum (uwierzcie są ich setki jeśli nie tysiące, polskie i zagraniczne), pogrzebać wśród znajomych – to trzeba zrobić i na pewno się uda. Akurat używam raczej nietypowych aut – leciwego smarta, którym jeżdżę na co dzień i klasycznego Mercedesa, z którym należy obcować odpowiednio delikatnie i z uwagą – ma swoje 30 lat i to trzeba uszanować. Smart to mój roboczy osiołek, to on jest moim „narzędziem” i to nim wykręcam codzienne kilometry z domu na plan czy do redakcji. To delikatny samochodzik, w dodatku też nie jest nowy i konstrukcyjnie dość prymitywny. Wymaga więc częstego serwisu, a ten robię wyłącznie u znajomego pana Marka z warszawskiej ulicy Górczewskiej, bo on zna bolączki i kaprysy smartów, a przede wszystkim umie im sprostać. Gdy mnie coś niepokoi – Marek. Na forum na pewno potwierdzą. Gorzej jest z Mercedesem, bo – choć służy mojej przyjemności – staram się dbać w nim o najdrobniejsze detale. Wiem jednak doskonale, że 30-letnia „materia techniczna” lubi zaszwankować w najmniej oczekiwanym momencie. Awarie trzeba, i to dosłownie, wyprzedzić. Na razie wciąż szukam kogoś, kto – jak pan Marek w przypadku smarta – roztoczy opiekę niemal konserwatorską nad cackiem pamiętającym schyłek PRL. Google nie pomógł, koledzy wyczerpali swoje kontakty. Szukam. Może ktoś podpowie? Ja za to zrewanżuję się podpowiedzią jak rozmawiać z mechanikami. Z boku obserwuję zachowania w serwisach i widzę, że w zasadzie są tam dwie grupy klientów – jedni robią z siebie idiotów i niedojdy z dwiema lewymi rękami, inni w rozmowie stają się zaś super ekspertami. Ja wolę pogadać od serca, bo coś tam wiem, ale też – co oczywiste – jestem dziennikarzem związanym z samochodami. Skoro tak to są ode mnie lepsi i wiedzą lepiej. Nieco połechtać więc nieco ego pana w kombinezonie, ale tak, żeby ten zrozumiał, że mam pewną świadomość problemu lecz – jak w czasie wizyty u chirurga czy dentysty – nie dam sobie rady bez profesjonalisty. Takie podejście ustawia mnie na uczciwej pozycji, a mechanicy – mówcie sobie, co chcecie – wcale nie są dinozaurami i nie wymarli. Wszystko, podkreślam, zależy od podejścia.

ASO, czyli Autoryzowane Stacje Obsługi? Cóż. Drogie, bo – oczywista oczywistość – płacimy za sprzęt, przestrzenie robocze, ludzi i marketing. Od tego się nie ucieknie i pretensji mieć nie można. Można poszukać czegoś mniejszego i raczej będzie tam taniej. Czy profesjonalnie? Hmm. Zdania są podzielone. Jedni ASO odżegnują od czci i zmysłów, inni są bardzo zadowoleni. Takie życie. Serwisy w większej skali są na pewno bardziej anonimowe, czego akurat nie lubię. Nie znaczy to jednak, że poczujecie się w nich jak w supermarkecie – dodam i też z autopsji. Wystarczy odrobina empatii i kultury osobistej, oczywiście po stronie nas-klientów. Moim zdaniem takie podejście pomaga, o czym przekonałem się zakładając dodatkowe wyposażenie w samochodzie mojej żony. Pan z okienka rozpoznał twarz z telewizji (to miłe, ale jestem całkiem zwyczajnym człowiekiem – podkreślam), zadał kilka pytań natury całkiem prywatnej i – gdy już tak sobie sympatycznie pogadaliśmy – na chwilę zanurzył w komputerze. Po sekundzie oderwał wzrok od ekranu i odpowiedział: „Panie Rafale, polityka firmy jest taka, że przed montażem akurat tego wyposażenia powinienem zaprosić na szczegółowy przegląd. Mamy różnych klientów, niektórzy nas oszukiwali i teraz obowiązuje taka właśnie procedura. Popatrzyłem jednak na ten pański samochód i potem do archiwum w komputerze. Nie mogę pana naciągać, bo to nie będzie uczciwe. Płaci pan tylko za robociznę, a przegląd – choć go musimy zrobić – będzie za darmo”. Można? Można! Trzeba się tylko uśmiechnąć i – jeszcze raz przypomnę – zauważyć w mechaniku człowieka. Zimą, latem, jesienią. Zawsze. Bo samochód serwisować trzeba regularnie. Jak zegarek...