Firmy najczęściej kupują samochody z segmentu premium. Coraz popularniejsze są też auta hybrydowe. Jak zmieniły się trendy na polskim rynku flotowym od momentu wejścia Polski do Unii Europejskiej?

Wejście Polski do UE wiązało się ze zmianami przepisów, które w sposób zdecydowany wpłynęły na sytuację na polskim rynku motoryzacyjnym, w tym na rynku flotowym. Jeszcze w 2000 roku w Polsce zarejestrowano 361 tys. nowych pojazdów, z czego raptem 5 proc. stanowiły samochody firmowe. Dziś ten udział aut flotowych wynosi aż 66 proc.

Ta rewolucja wiąże się z dwoma czynnikami. Po pierwsze, znajdujemy się obecnie na zupełnie innym poziomie rozwoju gospodarczego. Mamy prężniejszych przedsiębiorców, coraz częściej prowadzimy własną działalność gospodarczą, a nasze firmy się rozwijają – to zaś sprawia, że stać nas na budowanie floty firmowej. Druga kwestia związana jest ze wspomnianymi już przepisami. Po wejściu do UE zniknęły bariery ograniczające sprowadzanie samochodów używanych z Zachodu – mam tu na myśli choćby podatek VAT. Efekt jest taki, że łatwiej ściągać samochody używane, niż kupować nowe w salonie co oznacza, że prywatni nabywcy chętniej korzystają z oferty rynku wtórnego. To zaś przekłada się na rosnący udział samochodów flotowych w ogólnej liczbie aut nowych, gdyż przedsiębiorcy wciąż preferują samochody z salonu.

Jak przez lata zmieniła się struktura samochodów flotowych? Które marki są najpopularniejsze, który segment sprzedaje firmom najwięcej pojazdów?

Marki najpopularniejszych samochodów od lat pozostają te same. Klient korporacyjny najchętniej kupuje Skody, VW, Toyoty, Fordy i Ople. Widzimy także powolny wzrost zainteresowania samochodami marek azjatyckich, głównie Kii i Hyundai’a. To dość nowe koncerny na naszym rynku, które jeszcze kilkanaście lat temu były w Polsce niemal nieznane. Największy udział floty obserwujemy w segmencie marek premium, gdzie najsilniejszą pozycję mają niezmiennie samochody niemieckie – BMW, Audi i Mercedes. Kiedyś znacznie popularniejsze było szwedzkie Volvo, ale to się już zmieniło.

Jeśli chodzi o skalę zakupów, to najpopularniejsze są te z kategorii „do 3 samochodów”, choć oczywiście zdarzają się także partie po kilkadziesiąt czy wręcz po kilkaset sztuk. Takich zakupów dokonuje np. Policja. Oczywiście, wymiana czy uzupełnienie takiej floty jest stopniowe i rozłożone na kilka miesięcy. Wymiana floty firmowej w Polsce następuje co 3-4 lata i jest to raczej stały cykl – nie widzimy, by się skracał czy wydłużał.

Jakich zmian spodziewa się Pan w najbliższych latach na rynku samochodów flotowych? Czy perspektywy są pozytywne?

Nie widzę dużych zagrożeń dla tego rynku. Myślę, że nadal będziemy notowali stabilny rozwój. Nie sądzę, by miało zdarzyć się cokolwiek niepokojącego, co mogłoby wybić rynek z tego pozytywnego trendu. Istotną kwestią będą z pewnością sprawy legislacyjne – niestety, polski rynek motoryzacyjny narażony jest w dużym stopniu na „wiatr polityczny”. Do stabilnego wzrostu najbardziej potrzebny jest spokój i jasne przepisy. Tymczasem co roku narażeni jesteśmy na wprowadzanie kolejnych ustaw i przepisów, które tylko gmatwają i tak ciężką już sytuację legislacyjną. Jeśli więc polityka będzie trzymać się z dala od rynku motoryzacyjnego, to on sobie poradzi. Oczywiście, idealnie by było, gdy państwo wykazywało też więcej chęci do wsparcia tej branży.

Jakie wyzwania widzi Pan przed osobami odpowiedzialnymi zarówno za sprzedaż samochodów flotowych, jak i przed osobami zarządzającymi flotą w firmach?

Dla tych pierwszych kluczem do sukcesu na pewno będzie przygotowanie dobrej oferty finansowej. Rynek jest bardzo konkurencyjny, trzeba więc uszyć ofertę dostosowaną do konkretnego klienta. Oprócz ceny wyjściowej bardzo istotne są też rabaty, które koncerny mogą zaoferować przedsiębiorcom. Sprzedawcy powinni też nadal rozwijać współpracę z instytucjami finansującymi zakupy – głównie bankami. Obecnie na rynku jest dostępne szerokie spektrum przeróżnych możliwości finansowania, więc znów – klient wybierze dla siebie to, co będzie najbardziej dopasowane do jego potrzeb. Sprzedawca musi być na to przygotowany i mieć daną ofertę pod ręką.

Jeśli zaś chodzi o zarządzających flotą w firmach, to myślę, że przed nimi ciekawe wyzwanie polegające na rozważeniu redukcji dotychczasowej floty. Odnoszę wrażenie, że firmy coraz bardziej koncentrują się na swojej bazowej działalności – czy to produkcji, czy usługach – i większość środków finansowych i uwagi kierują właśnie w tę stronę. Narzędzia wspomagające tę działalność pozostają coraz bardziej z boku. Widać też trend, że firmy stopniowo odchodzą od zakupu samochodów, a coraz częściej korzystają z leasingu czy najmu.

Zagrożeniem dla obu stron rynku jest także dalszy rozwój sytuacji gospodarczej w kraju. Nadal jesteśmy na pograniczu rozwoju i stagnacji. Musimy z ostrożnością patrzeć na to, co się dzieje w Chinach, USA i Europie Zachodniej. Jeśli przyjdzie kolejna fala spowolnienia gospodarczego, to z pewnością rynek motoryzacyjny na tym ucierpi.

Jak ocenia Pan rozwój segmentu samochodów hybrydowych? Czy polscy kierowcy powoli przekonują się do tych rozwiązań?

Myślę, że tak, te samochody się u nas dobrze przyjęły. Z roku na rok liczba sprzedawanych hybryd rośnie, głównie za sprawą toyoty i lexusa. Ale i inne koncerny zaczynają się rozwijać w tym kierunku i sukcesywnie poszerzają swoją ofertę dla Polski. Nie jest to oczywiście tak dynamiczne, jak choćby w Skandynawii, ale to głównie efekt braku jakiegokolwiek wsparcia dla tego segmentu ze strony państwa. Samochody hybrydowe są bardziej przyjazne dla środowiska, mają niższą emisję spalin, są cichsze – te cechy powinny zostać docenione. W innych krajach kierowcy takich pojazdów mają zagwarantowany szereg udogodnień - płacą niższe podatki, mają bezpłatne parkingi, mogą wjeżdżać do zamkniętych centrów miast. Takie zachęty rekompensują właścicielom fakt, że samochody hybrydowe są droższe niż ich klasyczne odpowiedniki. Uważam, że rola państwa w popularyzacji hybryd powinna być większa.