Miłosz Brzeziński, autor, konsultant w zakresie efektywności osobistej i zjawisk psychologicznych, inspirator współpracujący z organizacjami na całym świecie.

 

rofesor Dan Ariely, z Duke Unicersity mówi: „Jeśli idziesz do bufetu i ten bufet jest w jakiś sposób zorganizowany, zjesz jedno. Jeśli będzie zorganizowany inaczej – zjesz drugie. Myślimy, że podejmujemy decyzje niezależnie, ale prawda jest taka, że otoczenie wpływa na nas w olbrzymim stopniu. I z tego właśnie powodu musimy myśleć o tym, jak zmieniać to, co mamy wokół siebie”.

Wiedzą o tym nie tylko projektanci wnętrz w sklepach, czy barach, ale także… pracodawcy. W ostatnim czasie pracownicy nie wiążą się już tak silnie z miejscem pracy, zmieniają je często, przenoszą się, otrzymując pracę od razu szukają kolejnej. W trop za tym zmodyfikowano procedury zarządzania: oceny roczne zastąpione zostały kwartalnymi, czy miesięcznymi, bo wielu pracowników nie pracuje nawet dwunastu miesięcy, a domagają się oceny. Należało przez to także spowodować, by w nowych czasach miejsce pracy, było nie tylko budynkiem, w którym „da się wytrzymać”, ale i takim, w którym „chce się być”, a jednocześnie jest się produktywnym. Wiemy bowiem także, że jeśli miejsce, w którym się znajdujemy jest zbyt relaksujące, mówiąc grzecznie, namierzenie pierwiastka pracowitości staje się wyzwaniem.

Dziś najlepiej sprawdzają się firmy urządzane jak studenckie campusy. Przykładami są tu eBay, Google, czy Cisco. Bardziej płaskie i rozległe, niż wysokie mrówkowce. Ludzie lepiej się komunikują i efektywniej tworzą spacerując, niż stojąc w windach. Campus studencki składa się także z wyraźnie trzech odrębnych funkcjonalnie części: pomieszczeń do komunikacji oraz współpracy, skupienia w odosobnieniu i do zacieśniania więzi społecznych. W przypadku firm pierwsze z tych miejsc – do skupienia – to pokoiki, albo wielkie pomieszczenia z pojedynczymi stanowiskami, gdzie nie wolno głośno rozmawiać. Drugie (aktywacyjne) to sale spotkań, nierzadko bez krzeseł, ale za to z bieżnią, piłkarzykami albo konsolą. Jasne, oświetlone, z wielkimi oknami i białą tablicą. Trzecie (regeneracja i inspiracja) to stołówka, albo trawnik z ławkami obok firmy, a nierzadko z kontaktami elektrycznymi ukrytymi pod spodem siedziska.

Własna przestrzeń w pracy warto, by była wyraźnie zaznaczona. Według nowych trendów wręcz „wykończona przez użytkownika”. Niektóre organizacje przeznaczają dodatkowe budżety, które wraz z pierwszą pensją przekazywane są pracownikowi, by zamówił sobie wykończenie według własnych preferencji – mogą to być roślinki, specjalny fotel, nieco inne biurko. Wszystko, co spowoduje, że miejsce, w którym pracujemy będzie „bardziej moje” jest na wagę złota.

Zdecydowanie odchodzi się od tak zwanej „open space”. Pracownicy czują się w nich jak antylopy wygonione na środek polany, skarżąc się na kłopoty z krążeniem i migreny w efekcie ciągle podniesionego ciśnienia. „Open space” (wciąż piszę w cudzysłowie, bo – bez żartów – to nie jest żadna „otwarta przestrzeń”) próbując spełnić normy oszczędności, efektywności, dając miejsce do skupienia, a jednocześnie komunikacji, na koniec nie spełniła żadnej z tych funkcji. Funkcja skupienia i komunikacji nie da się połączyć, o czym wie każdy, kto kiedyś próbował się uczyć w akademiku.

Jak pokazały przykłady trendów wymienione w tym artykule, warto jednak tak uporządkować rzeczywistość na zewnątrz, żeby podsuwała głowie sygnały przypominające, co jest ważne. Największy wpływ na nasze decyzje mają osoby, które kształtują otoczenie, w którym funkcjonujemy. Przy takim rozumieniu bardzo istotna okazuje się dwuznaczność sformułowania „otoczenie, które mi służy”, nad którym to sformułowaniem refleksję bardzo Państwu polecam.